Domek opodal rzeczki
Kania
Wyprawa na zakupy
Noce w domku na palach
15.12.13
Vanilla czy to "monte"?
15.12.13
W dorzeczu Amazonki
14.12.13
12.12.13
Piranie i inne rybki
10.12.13
Rzeka jest pełna przeróżnych ryb. Nam smakują najbardziej te, które nie mają ości. Gdy podano nam raz taką rybkę w sosie, dopiero po zjedzeniu kilku kawałków spytałam "To nie jest kurczak?".
Atardecer
09.12.13
Mało kto z naszych przyjaciół w Indianie ma telewizor w domu, a nawet jeśli ma, na zewnątrz jest o wiele ładniej niż w domu. Zatem na hasło "atardecer" - zachód słońca wielką grupą idziemy do pobliskiej pięknej miejscowości na spacer. Widoki na długo pozostaną nam w pamięci.
Kąpiel w Amazonce
09.12.13
Tego nie mogliśmy przegapić. Pierwsze, o co Jarek zapytał po przyjeździe do Indiany to, gdzie jest plaża. Plaży to tutaj nie było, jednak kąpielisko całkiem niezłe. W każdym miesiącu wygląda ono inaczej, bo w ciągu roku woda rośnie i opada o kilka, a w niektórych latach kilkanaście metrów. Do tego brązowa woda - jak kawa latte. Wchodząc możesz tylko wyobrazić sobie, że przepływają koło Ciebie piranie i inne rybki. Masz nadzieję, że nie ma aligatorów i anakondy w pobliżu, bo to obszar zaludniony. Rzeka jest brązowa, ale to tylko dlatego, że ziemia tu jest gliniasta. Pewnie śmieci spływające z gór też gdzieś tu się przyplątały, ale nie myślimy o tym. Błotko jest jak maseczka na skórę - korzystamy na maksa z amazońskiego SPA. Dzięki temu możemy się trochę upodobnić do tubylców :).
Anona
09.12.13
Pomarańcze i limonki - to chyba jedyne owoce, które jada się i w dżungli i w Polsce. Nie byliśmy wstanie spamiętać nazw owoców jakie tam jedliśmy. Nawet banany mają tam swoje, inne nazwy - są takie malutkie, słodkie lub duże, zielone, twarde - do gotowania lub smażenia, idealnie pasujące do smażonej ryby. Na targu sprzedawano owoce takie jak: mangua (podobne do mango), uvia (podobne do winogrona lecz dużo większe), papaya i reszty nie pamiętam. Niektóre nas naprawdę zaskoczyły. Idąc drogą z Loreną widzę przed sobą suchy gruby badyl - chciałam go kopnąć by się nie potknąć. Nagle widzę jak Lorena podnosi go i otwiera, a dookoła wielkich pestek jest przepyszny biały słodki miąsz. Inny słodki owoc też zachwycił nas swoim smakiem, tylko później nie mogliśmy otworzyć ust - wszystko się skleiło :)
Mi przypadła do gustu Anona - gdy się ją otworzy, wygląda jak w oryginalnej miseczce podane lody z bitą śmietaną, a smak to delikatny pudding słodko-kwaśny - mniam :) Dobrze, że Jarek lubi się wspinać na drzewa - bo takie przyjemności tylko dla tych co sami sobie zerwą :)
Inny świat
08.12.13
Mieliśmy okazję przez dwa tygodni żyć w zupełnie innym świecie, prawie jak w raju. Życie płynie tu wolno, ludzie nie mają wielu potrzeb. Usmażą rybki, ugotują banany, jukę, ryż, a przez resztę dnia wypoczywają na hamakach, bawią się z dziećmi i spacerują. Niesamowite było słyszeć, jak całkiem obcy ludzie mówią do siebie hermanito (braciszku), hermanita (siostrzyczko). Mogliśmy się tu czuć całkowicie bezpiecznie, ludzie okazywali nam mnóstwo serdeczności. Gdy o coś zapytaliśmy, szczegółowo tłumaczyli, częstowali owocami, dawali schronienie w czasie deszczu i dużo dużo więcej.
Podróż do Indiany
08.12.13
To była bardzo ekscytująca podróż i trochę stresująca. Na początku musieliśmy w Iquitos przejść przez port, gdzie czeka mnóstwo złodziei, patrząc czy masz coś na wierzchu. Później kilka osób proponuje ci swoją łódkę mówiąc, że jest lepsza lub tańsza. Mamy płynąć 2-3 godziny Amazonką. Słyszeliśmy, że wiele łódek w przeszłości zatonęło z załogą. W końcu się decydujemy. Płacimy tylko 7sol, ale siedzimy na workach z ziemniakami, jadąc z całą stertą przeróżnych rzeczy i rzeszą ludzi. Wydaje nam się, że nie da się wcisnąć szpilki, a tu ciągle dochodzą nowe osoby. Podłoga trochę przemaka, ale siedzimy blisko kilku kamizelek ratunkowych jakie się tu znajdują więc się nie boimy :). Właściciel zapewnia nas, że wszystko jest ok. Jedziemy w głąb dżungli :)
Quistococha
15.12.13
Daleko od wioski, nad rzeczką mieszka sobie rodzinka. Tata rankiem łowi rybki i pracuje na małym polu, mama przygotowuje posiłek. Dzieci mają całoroczne wakacje – ulubiona rozrywka to kąpiel w rzeczce. One wcale nie boją się piranii i innych stworów. Po południu wszyscy wypoczywają wylegując się na hamakach. Rodzice czytają, rozmyślają, dzieci uczą się literek i grają. Nikt się nie przemęcza. Nie trzeba myć okien, bo ich nie ma. Toalety się nie czyści, bo też jej nie ma – w okolicy jest mnóstwo drzewek. Jest tak ciepło, że dzieci nie muszą się nawet specjalnie ubierać, nie mówiąc już o noszeniu butów. Wystarczy zamieść podłogę i tyle. Nawet nie trzeba schylać się po szufelkę, bo w podłodze jest mała dziura, do której się wszystko zmiata. Tam z niecierpliwością czekają kury, które zjedzą wszystko co się zsypie. Ości i większe kawałki wyrzuca się podczas jedzenia przez "okno", gdzie czeka, bijący się o resztki z kurami, piesek. Żyć nie umierać :).
Kania
15.12.13
Wow! Wreszcie coś słodkiego! Mieszkańcy hodują tu także trzcinę cukrową, by trochę osłodzić sobie życie :). Gdy tata przynosi kilka trzcinek wszystkie dzieci ustawiają się w kolejce - każdy dostaje kawałek, z którego wyciska zębami sok. Dorośli czekają na soczek w kubeczku. Proste drewniane urządzenie sprawia, że wyciska się sok do ostatniej kropli. Mniam :)
Wyprawa na zakupy
15.12.13
Wczesnym rankiem mężczyźni udają się na zakupy - czekają na nich siatki z rybami :). Wieczorem zarzucili sieci, teraz będą wyciągać ryby. Jarek miał okazję też łowić na wędkę. Trzeba być bardzo szybkim, bo w miejscu gdzie został rzucony kawałek gotowanej juki jest tyle ryb, że się tylko rzuca haczyk i wyciąga - niezła zabawa. Nawet mi udało się później wyciągnąć kilka rybek.
Juka
15.12.13
Juka w dżungli jest podstawowym daniem, tak jak u nas chleb lub ziemniaki. W sumie smakuje podobnie do ziemniaków i świetnie komponuje się z rybą. Nie rośnie tu ryż, zboże, więc trzeba sobie jakoś radzić, by wypełnić brzuchy. Mieszkańcy karczują trochę dżungli i sadzą jukę. Jada się tylko to co rośnie w ziemi. By wprowadzić trochę urozmaicenia, zamiast gotować, czasem grillują ją bardzo długo na ogniu. Robi się z tego coś w rodzaju chrupek. Dla mnie, były trochę za twarde i bez smaku. Powiedziano mi, że lepiej smakują z mlekiem. Ale przecież tu nigdzie nie ma mleka! Dzieci jedzą te chrupki z ciepłą wodą z takim zapałem, jak nasze dzieci czekoladowe płatki z mlekiem :)
15.12.13
Nie dość, że śpimy w drewnianym domku z mnóstwem szczelin, to jeszcze na podłodze, przez którą mogą przechodzić wszystkie robaczki. Rozkładamy nasze śpiwory i przykrywamy się prześcieradłem. Całe szczęście, że mamy moskitierę, bo gdy tylko włączyliśmy latarkę wewnątrz, pojawiło się na niej mnóstwo komarów. Ciężko spać na nierównych deskach z wystającymi gwoździami. Jednak, gdy się było bardzo zmęczonym, nawet chodzące szczury i karaluchy tak nie przeszkadzały. Każdego dnia tyle się dzieje, że wieczorem padamy jak muchy :).
Vanilla czy to "monte"?
15.12.13
Nam wydaje się, że jesteśmy w dziczy. Tubylcom wydaje się, że dzicz jest gdzieś dalej.
Dla nas sam przyjazd do Iquitos – miasta w środku dżungli był egzotyczny. Jednak dopiero, gdy wybieraliśmy się do Indiany miasteczka oddalonego o 2 godziny drogi (płynąc z prądem) od Iquitos mieszkańcy powiedzieli nam, że tam jest "monte" czyli dzicz i trzeba bardziej uważać na niebezpieczeństwa. W Indianie powiedziano, że to nie jest jeszcze monte, monte będzie w Vanilli – dodatkowe 4 godziny drogi. Faktycznie było tam mniej cywilizacji, brak prądu (ewentualnie przez 3 godziny) brak motorków i sklepów.
Idąc, z mieszkanką Vanilli, Danielą 15 minut ścieżką do jej domu otoczoną drzewami, słysząc dziwne hałasy, pytam się czy możemy tu spotkać aligatory lub anakondy. Daniela odpowiada, że nie. Można je spotkać tylko w "monte". To gdzie to w końcu jest?
Doszliśmy do wniosku, że dzicz jest tutaj wszędzie. Po prostu zwierzęta uciekają od ludzi i tam gdzie pojawiają się domy, znikają zwierzęta. Jak powiedziała Daniela, jak jakiś aligator by się tu pojawił to zaraz został by tu zjedzony – przez nas :)
Doszliśmy do wniosku, że dzicz jest tutaj wszędzie. Po prostu zwierzęta uciekają od ludzi i tam gdzie pojawiają się domy, znikają zwierzęta. Jak powiedziała Daniela, jak jakiś aligator by się tu pojawił to zaraz został by tu zjedzony – przez nas :)
14.12.13
Podróż w nieznane czyli do miejscowości Vanilla, położonej przy rzece Vanilla, będącej dorzeczem Amazonki. Cztery godziny łódką jeszcze bardziej obładowaną niż poprzednio. W tę stronę jadą z nami różne produkty, których nie można znaleźć w dżungli np. chlebki, puszki, napoje, szafa, a nawet wielkie bryły lodu - to coś wyjątkowego w tym miejscu. Tam gdzie nie ma prądu, rzecz jasna, nie przyda się lodówka, więc o lodzie i lodach można zapomnieć. Ten lód zostanie wykorzystany do obłożenia nim ryb do sprzedaży, żeby się tak szybko nie zepsuły.
Raz płyniemy w deszczu, raz w ostrym słońcu. W pewnym momencie z Amazonki wpływamy w wąską rzeczkę Vanillę. Już się ściemnia, przy brzegu nieznane nam zwierzęta wydają dziwne odgłosy. Jesteśmy ciekawi co nas tam czeka.
Coco Raz płyniemy w deszczu, raz w ostrym słońcu. W pewnym momencie z Amazonki wpływamy w wąską rzeczkę Vanillę. Już się ściemnia, przy brzegu nieznane nam zwierzęta wydają dziwne odgłosy. Jesteśmy ciekawi co nas tam czeka.
12.12.13
Ulubione napoje Jarka w dżungli to woda z kokosa oraz refresko z kokony. Jak sam sobie zerwiesz kokosa i maczetą go otworzysz, smak jest jeszcze lepszy. Strącanie palikiem kokosów poszło całkiem sprawnie. Trochę dużej zajęło odcinanie kawałków maczetą. Byliśmy w szoku, jak szybko robią to tubylcy :).
Po dwóch godzinach spacerowania i rozmawiania z ludźmi w upalny dzień, gdy byliśmy tak spragnieni, to była prawdziwa rozkosz i orzeźwienie – tylko ta szklanka była trochę ciężka :). Piranie i inne rybki
10.12.13
Rzeka jest pełna przeróżnych ryb. Nam smakują najbardziej te, które nie mają ości. Gdy podano nam raz taką rybkę w sosie, dopiero po zjedzeniu kilku kawałków spytałam "To nie jest kurczak?".
Pirania smakuje zwyczajnie. Śmiesznie zamyka jej się buzia, gdy ją smażymy. Gorzej spotkać ją żywą. Kąpiemy się w rzece, bo wszyscy mówią, że nam nie grożą. Jednak co jakiś czas słyszymy historię, że komuś coś zrobiły. Nasz znajomy w nocy łowił ryby. Złowił tyle, że zaczęła mu tonąć łódka, więc wyskoczył by ją holować. Nagle pirania rozcięła mu rękę, wystraszony zostawił wszystko, by znaleźć się jak najszybciej brzegu. Jednak i tak dalej kogo się nie spytasz powie ci, że nie są groźne i można spokojnie pływać :).
09.12.13
Mało kto z naszych przyjaciół w Indianie ma telewizor w domu, a nawet jeśli ma, na zewnątrz jest o wiele ładniej niż w domu. Zatem na hasło "atardecer" - zachód słońca wielką grupą idziemy do pobliskiej pięknej miejscowości na spacer. Widoki na długo pozostaną nam w pamięci.
Kąpiel w Amazonce
09.12.13
Tego nie mogliśmy przegapić. Pierwsze, o co Jarek zapytał po przyjeździe do Indiany to, gdzie jest plaża. Plaży to tutaj nie było, jednak kąpielisko całkiem niezłe. W każdym miesiącu wygląda ono inaczej, bo w ciągu roku woda rośnie i opada o kilka, a w niektórych latach kilkanaście metrów. Do tego brązowa woda - jak kawa latte. Wchodząc możesz tylko wyobrazić sobie, że przepływają koło Ciebie piranie i inne rybki. Masz nadzieję, że nie ma aligatorów i anakondy w pobliżu, bo to obszar zaludniony. Rzeka jest brązowa, ale to tylko dlatego, że ziemia tu jest gliniasta. Pewnie śmieci spływające z gór też gdzieś tu się przyplątały, ale nie myślimy o tym. Błotko jest jak maseczka na skórę - korzystamy na maksa z amazońskiego SPA. Dzięki temu możemy się trochę upodobnić do tubylców :).
Anona
09.12.13
Pomarańcze i limonki - to chyba jedyne owoce, które jada się i w dżungli i w Polsce. Nie byliśmy wstanie spamiętać nazw owoców jakie tam jedliśmy. Nawet banany mają tam swoje, inne nazwy - są takie malutkie, słodkie lub duże, zielone, twarde - do gotowania lub smażenia, idealnie pasujące do smażonej ryby. Na targu sprzedawano owoce takie jak: mangua (podobne do mango), uvia (podobne do winogrona lecz dużo większe), papaya i reszty nie pamiętam. Niektóre nas naprawdę zaskoczyły. Idąc drogą z Loreną widzę przed sobą suchy gruby badyl - chciałam go kopnąć by się nie potknąć. Nagle widzę jak Lorena podnosi go i otwiera, a dookoła wielkich pestek jest przepyszny biały słodki miąsz. Inny słodki owoc też zachwycił nas swoim smakiem, tylko później nie mogliśmy otworzyć ust - wszystko się skleiło :)
Mi przypadła do gustu Anona - gdy się ją otworzy, wygląda jak w oryginalnej miseczce podane lody z bitą śmietaną, a smak to delikatny pudding słodko-kwaśny - mniam :) Dobrze, że Jarek lubi się wspinać na drzewa - bo takie przyjemności tylko dla tych co sami sobie zerwą :)
Inny świat
08.12.13
Mieliśmy okazję przez dwa tygodni żyć w zupełnie innym świecie, prawie jak w raju. Życie płynie tu wolno, ludzie nie mają wielu potrzeb. Usmażą rybki, ugotują banany, jukę, ryż, a przez resztę dnia wypoczywają na hamakach, bawią się z dziećmi i spacerują. Niesamowite było słyszeć, jak całkiem obcy ludzie mówią do siebie hermanito (braciszku), hermanita (siostrzyczko). Mogliśmy się tu czuć całkowicie bezpiecznie, ludzie okazywali nam mnóstwo serdeczności. Gdy o coś zapytaliśmy, szczegółowo tłumaczyli, częstowali owocami, dawali schronienie w czasie deszczu i dużo dużo więcej.
Podróż do Indiany
08.12.13
To była bardzo ekscytująca podróż i trochę stresująca. Na początku musieliśmy w Iquitos przejść przez port, gdzie czeka mnóstwo złodziei, patrząc czy masz coś na wierzchu. Później kilka osób proponuje ci swoją łódkę mówiąc, że jest lepsza lub tańsza. Mamy płynąć 2-3 godziny Amazonką. Słyszeliśmy, że wiele łódek w przeszłości zatonęło z załogą. W końcu się decydujemy. Płacimy tylko 7sol, ale siedzimy na workach z ziemniakami, jadąc z całą stertą przeróżnych rzeczy i rzeszą ludzi. Wydaje nam się, że nie da się wcisnąć szpilki, a tu ciągle dochodzą nowe osoby. Podłoga trochę przemaka, ale siedzimy blisko kilku kamizelek ratunkowych jakie się tu znajdują więc się nie boimy :). Właściciel zapewnia nas, że wszystko jest ok. Jedziemy w głąb dżungli :)
Quistococha
06.12.13
Miejsce, w którym możemy zobaczyć zwierzęta żyjące w Amazoni, do tego nieamowicie bujna roślinność to nasza pierwsza atrakcja. Mamy osobistego przewodnika, przyjaciółkę u której mieszkamy. Oglądaliśmy zwierzątka żyjące tutaj, zabawy z delfinkiem i trzymaliśmy anakondę na rękach. Jednak dla nas największą frajdę sprawiło centrum praku. Klimat jest tu taki, że gdy wyjdzesz spod zimnego prysznica nie ma sensu się wycierać bo i tak po chwili jesteś mokry. Więc gdy zobaczyliśmy w centrum tego parku przepiękną plażę i miejsce do pływania nie mogliśmy nie wskoczyć do wody :)Iquitos
05.12.13
Pierwszy dzień w środku dżugli. Dosłownie wszystko nas zachwyca. Jarek jest podekscytowany ilością palm. Na początku każdej chce robić zdjęcie, dopiero z czasem zdaje sobie sprawę, że gdzie nie spojrzysz widzisz przynajmniej kilka :)
Miasto jest ogromne – mnóstwo ulic, jednak niewiele samochodów. Iquitos zdominowały motory i motocary. Właśnie takim jedziemy z lotniska – przynajmniej nie odczuwamy tak upału, jest przewiewnie. Jest naprawdę gorąco. Tutaj wszyscy się cieszą gdy pada deszcz, dzięki temu później jest świerzo troszkę chłodniej. Latem gdy potrafi przez 2 miesiące nie padać deszcz prawdopodobnie temperatura jest nie do wytrzymania. Pod prysznicem woda jest tylko zimna – i całe szczęście. Zostaliśmy niesamowicie przyjęci – możemy pomieszkać w domu jak w brazilijskim serialu – taka wielka hacienda, w ktorej obiad przygotowywuje nam pracujaca tam seniora. Jesteśmy przeszczęśliwi, że możemy teraz tu mieszkać :)
Jedzenie na ulicy Huaraz
03.03.13
Wieczorem idąc ulicą, co chwilkę wydajemy 1 sol (1 zł) próbując tutejszych smakołyków. Najbardziej przypadła nam do gustu Papa Rayana - chrupiący ziemniak nadziewany mięskiem z baraniny, jajkiem i warzywami, polany musztardą i majonezem, podawany z surówką z cebulki, limonki i rocoto (papryka ostra). Tak pyszne danie za sola? Nie do pomyślenia. U nas przez podatki kosztowałoby to 5 razy więcej. Po za tym często smakujemy gorące słodkości jak Churros lub 4 oponki Pacachos z przepysznym sosem - też za sola.
Tutejszy przysmak to Chocho - okrągłą fasolka, cebulka, rocoto, limonka, natka i może być tuńczyk podawane ze specjalną prażoną kukurydzą. Będziemy tęsknić za tymi smakami i za tymi cenami :)
Laguna Churup
03.03.13
Dla tych, którzy się wybierają: Na ulicy Gamarra czekają busiki z napisem Pitek. My jechaliśmy o 7.15. Busy zawożą do mieszkańców do Llupy za 5sol, ale można poprosić by dojechał do Pitek - jednak to kosztuje. Jeśli jedzie kilka osób może być za 10sol. My tak właśnie zrobiliśmy, a później wróciliśmy do Llupy - koło sklepiku podjeżdżają busiki. Nam cały spacer zajął 10 godzin - zrobiliśmy sobie w międzyczasie piknik i weszliśmy na malutką lagunkę. Trzeba też liczyć 5 sol za wejście do parku :)
Piscina
02.03.13
Dla tych co chcieli by skorzystać do Monterey dojedziesz z centrum busem nr 1 za 1 sol - dowiozą cię pod samo wejście :)
Cuy
02.03.13
Cuy czyli świnka morska to największy przysmak mieszkańców Huaraz. Mięsa jest niestety bardzo mało ale prawdopodobnie jest bardzo bardzo zdrowe. Wygląd surowych świnek obdartych z sierści nie bardzo nas zachęcał do skosztowania. Są różne sposoby przyrządzania - najbardziej znane tutaj "picante de cuy". Nie mogliśmy się zdecydować, aż tu nagle dostaliśmy zaproszenie od peruwiańskiej gospodyni. Nam smakowało jak kurczak, może trochę bardziej delikatne mięso. Jarkowi oddałam jak zawsze przypieczoną skórkę, ale tym razem trochę musiał ją rzuć :). Chcieliśmy zobaczyć je żywe, ale gospodyni wszystkie dla nas zabiła, zostały tylko króliki - gościnność jest tu niesamowita. Podsumowując, całkiem niezła ta cuy, ale pieczony kurczak na palenisku z węgla i drewna, którego najczęściej tu jadamy (danie za 6 sol) i tak wygrywa.
02.03.13
Transport publiczny to świetny interes w Huaraz. Mnóstwo młodych chłopców marzy by mieć swoją taksówkę. Po ulicy jeżdżą praktycznie same taksówki i busiki pełniące rolę autobusów miejskich. Co jakiś czas przejeżdżają eleganckie terenówki tych najbogatszych. Transport publiczny nie jest drogi, więc wszyscy z niego korzystają. Za przejazd busem płacimy 80 centimów, a taksówką 3 sole. Nie ma przystanków, po prostu machamy ręką. Nawet jeśli zrobimy to na środku skrzyżowania i tak się zatrzyma. Przejazd busikiem to naprawdę ciekawe doświadczenie. Zazwyczaj jest wypchany po brzegi, miejsc siedzących ok 15, pozostali z powykrzywianymi głowami, sklejeni jak sardynki czekają aż ktoś powie "baja" (bacha). Przez całą drogę towarzyszą nam dwa słowa "sube" - wsiadaj i "baja"- wysiadaj. Zbierający pieniądze często przygwizduje i podśpiewuje - "sube, sube subiendo". Nawet jeśli wychodzisz najszybciej jak możesz i tak kilka razy krzykną do Ciebie baja, baja... Kierowcy bardzo się spieszą, chyba dlatego, że każdy numer busa podjeżdża co 5 minut i jak jeden będzie zwlekał to drugi go wyprzedzi.
28.11.13
Żadna restauracja nie zastąpi posiłku w typowym peruwiańskim domu. Nasi kochani bracia są niesamowicie gościnni - to nasz ostatni tydzień tutaj, więc czujemy się jak nadzorcy podróżujący. Problem jest z ustaleniem do kogo pójdziemy na obiad, a do kogo na kolację. Wczorajszy obiad jednak przejdzie do historii. Jarek i Artur koniecznie chcieli spróbować testiculos - czyli baranie jądra :). Tutaj to jest przysmak, prawdopodobnie to bardzo zdrowe mięsko. Gdy gospodyni opowiadała, że tu się je zupy z baranimi głowami, nogami, części mózgu, kurze łapy to odbierało nam apetyt. Jednak gdy my opowiadaliśmy, że w Polsce jemy żołądki i wątróbki to oni krzywili miny, choć przyznali, że niektórzy też to jedzą. Jak smakują baranie jądra? Trochę właśnie jak kurze żołądki - całkiem smaczne, delikatne mięsko. Jednak myśl o tym, że to są testiculos sprawia, że nie wcinasz ze smakiem. Nasze miny mówią same za siebie :)
Nevado Pastoruri
27.11.13
Nevado Pastoruri to góra, która ma wysokość 5400m n.p.m. Ciekawe, jest to, że znajduje się tam potężny lodowiec. Jednak topnieje w zatrważającym tempie - to jeden z najszybciej topniejących lodowców świata. Wybraliśmy się ekipą z naszymi braćmi. W grupie taniej, bo wycieczka kosztowała 21zł, a okazuje się, że wiele osób, które tu mieszkają znało tę górę tylko z opowieści. Tu każdy chce zarobić, więc na każdym szlaku znajdziesz jakieś pomocne zwierzęta np. osiołki za parę soli poniosą ci bagaże. Na Pastoruri za 6sol (ok6zł) koniki wniosą cię na 5000m - emocje niesamowite :). Weszliśmy na 5200m - to wyżej niż Mont Blanc, a czuliśmy się jak na porannym spacerku, były siły na wygłupy :).
Po drodze możesz także napić się gazowanej wody wypływającej ze źródełka, oraz podziwiać kaktusy Puya Raimondi - rosną na 4000m tylko w Peru i Boliwii. Polecamy każdemu, kto zawita do Huaraz - puki jeszcze jest czapa lodowa.
Nevado Pastoruri to góra, która ma wysokość 5400m n.p.m. Ciekawe, jest to, że znajduje się tam potężny lodowiec. Jednak topnieje w zatrważającym tempie - to jeden z najszybciej topniejących lodowców świata. Wybraliśmy się ekipą z naszymi braćmi. W grupie taniej, bo wycieczka kosztowała 21zł, a okazuje się, że wiele osób, które tu mieszkają znało tę górę tylko z opowieści. Tu każdy chce zarobić, więc na każdym szlaku znajdziesz jakieś pomocne zwierzęta np. osiołki za parę soli poniosą ci bagaże. Na Pastoruri za 6sol (ok6zł) koniki wniosą cię na 5000m - emocje niesamowite :). Weszliśmy na 5200m - to wyżej niż Mont Blanc, a czuliśmy się jak na porannym spacerku, były siły na wygłupy :).Miasto Psów

21.11.13
W Huaraz psy opanowały miasto i nikt z tym nic nie robi. Można tu znaleźć kundelki ale też mnóstwo rasowych psów, niektóre bardzo egzotyczne jak harty i mopsy :). Jak to się dzieje? Rodziny kupują pieska dla swoich dzieci. Jak jest mały to śpi z nimi, a jak dorośnie nie chcą by się kręciły po domu. Ogródków tu nie ma za wiele, a nawet jeśli są to furtki są dziurawe. Zostają zatem dwa wyjścia: na dachach lub na ulicy. Jak jest niedokończony dom i ma kto sprzątać, to są na dachu - tak jak nad nami mieszka rottweiler Tobi. Pozostałe mieszkają na ulicach - są też lepiej dożywione, bo zawsze znajdą się jakieś śmieci przy słupach.
Nie znaleźliśmy uliczki, na której nie byłoby psów. Co to będzie za kilka lat? Może przyjadą jacyś imigranci z Chin? :)
W Huaraz psy opanowały miasto i nikt z tym nic nie robi. Można tu znaleźć kundelki ale też mnóstwo rasowych psów, niektóre bardzo egzotyczne jak harty i mopsy :). Jak to się dzieje? Rodziny kupują pieska dla swoich dzieci. Jak jest mały to śpi z nimi, a jak dorośnie nie chcą by się kręciły po domu. Ogródków tu nie ma za wiele, a nawet jeśli są to furtki są dziurawe. Zostają zatem dwa wyjścia: na dachach lub na ulicy. Jak jest niedokończony dom i ma kto sprzątać, to są na dachu - tak jak nad nami mieszka rottweiler Tobi. Pozostałe mieszkają na ulicach - są też lepiej dożywione, bo zawsze znajdą się jakieś śmieci przy słupach.
Nie znaleźliśmy uliczki, na której nie byłoby psów. Co to będzie za kilka lat? Może przyjadą jacyś imigranci z Chin? :)
Tu nic się nie marnuje
14.11.13
Pierwsze moje spotkanie z nóżkami kurzymi - nóżka wystająca z zupy, na szczęście nie w mojej zupie, tylko w Jarka. Ja dostałam szyjkę. Tu na każdym rogu wieczorami smażą się kurze nóżki. Dziś pytaliśmy się ile to kosztuje. Dostaniesz 3 za 1 sol (1,20zł). Myślałam, że to jedzą tylko bardzo biedni ludzie, jednak eleganckie kobietki również obgryzają je z wielką zawziętością - mają prawdopodobnie bardzo dużo kolagenu. Nie muszą później wydawać na drogie kremy, które pewnie nie są tak skuteczne. My się chyba jednak nie skusimy :)
Jeszcze nie odkryliśmy po co komu głowy świni i owiec, i to z oczami.
Pierwsze moje spotkanie z nóżkami kurzymi - nóżka wystająca z zupy, na szczęście nie w mojej zupie, tylko w Jarka. Ja dostałam szyjkę. Tu na każdym rogu wieczorami smażą się kurze nóżki. Dziś pytaliśmy się ile to kosztuje. Dostaniesz 3 za 1 sol (1,20zł). Myślałam, że to jedzą tylko bardzo biedni ludzie, jednak eleganckie kobietki również obgryzają je z wielką zawziętością - mają prawdopodobnie bardzo dużo kolagenu. Nie muszą później wydawać na drogie kremy, które pewnie nie są tak skuteczne. My się chyba jednak nie skusimy :)
Jeszcze nie odkryliśmy po co komu głowy świni i owiec, i to z oczami.
Tylko dla tych co wybierają się na trekking Santa Cruz
14.11.13
Pomyślałam, że skoro nam bardzo pomogli przyjaciele, podpowiedzieli, które szlaki są najpiękniejsze, jak jechać i co ze sobą zabrać, więc i my podzielimy się tą wiedzą z tymi, którzy tu zawitają.
A więc, co ze sobą zabrać? Namiot, karimaty, śpiwory, kuchenkę turystyczną. Można to wypożyczyć. Nam się udało mieć to za darmo :). Małą butlę gazową kupisz za 17 sol w centrum miasta.
Rankiem w Huaraz na Punto de Caraz wyjeżdżasz kombi do Yungay (5sol) lub bezpośrednio z Huaraz do Vaquerii (25sol). Nam się udało za 10sol z Yungay - to 4 godziny drogi. Autobus pokonuje przełęcz ponad 4600n.p.m. Po drodze musisz opłacić wstęp do Parku Narodowego 65sol. Z Vaquerii wyruszasz w kierunku Punta Union. Możesz wyprawę podzielić na 2 lub 3 noce w namiocie. Warto dość szybko przejść do Punta Union, bo choć przed nim też jest pięknie, to dalsza droga zapiera dech w piersiach. Warto więc dać sobie czas na podziwianie tego sielskiego zakątka. Gdy dotrzesz do Cashapampy znajdziesz mnóstwo sklepików oraz taksówek, które za 10 sol zabiorą cię do Caraz - 45 min (do auta może dosiąść się więcej osób niż pięć. Z nami jechało osiem :). Z Caraz za 6 sol wrócisz do Huaraz. Nie martw się Kombi jest mnóstwo i co chwilę wyjeżdżają, nawet bagaże ci wniosą :)
Na trasie Santa Cruz jest 5 polanek, na których można rozbić namiot. Polecamy wycieczkę z Vaquerii, ponieważ z Punta Union przez całe Santa Cruz idziesz z górki i podziwiasz widoki - większa przyjemność :)
Pomyślałam, że skoro nam bardzo pomogli przyjaciele, podpowiedzieli, które szlaki są najpiękniejsze, jak jechać i co ze sobą zabrać, więc i my podzielimy się tą wiedzą z tymi, którzy tu zawitają.
A więc, co ze sobą zabrać? Namiot, karimaty, śpiwory, kuchenkę turystyczną. Można to wypożyczyć. Nam się udało mieć to za darmo :). Małą butlę gazową kupisz za 17 sol w centrum miasta.
Rankiem w Huaraz na Punto de Caraz wyjeżdżasz kombi do Yungay (5sol) lub bezpośrednio z Huaraz do Vaquerii (25sol). Nam się udało za 10sol z Yungay - to 4 godziny drogi. Autobus pokonuje przełęcz ponad 4600n.p.m. Po drodze musisz opłacić wstęp do Parku Narodowego 65sol. Z Vaquerii wyruszasz w kierunku Punta Union. Możesz wyprawę podzielić na 2 lub 3 noce w namiocie. Warto dość szybko przejść do Punta Union, bo choć przed nim też jest pięknie, to dalsza droga zapiera dech w piersiach. Warto więc dać sobie czas na podziwianie tego sielskiego zakątka. Gdy dotrzesz do Cashapampy znajdziesz mnóstwo sklepików oraz taksówek, które za 10 sol zabiorą cię do Caraz - 45 min (do auta może dosiąść się więcej osób niż pięć. Z nami jechało osiem :). Z Caraz za 6 sol wrócisz do Huaraz. Nie martw się Kombi jest mnóstwo i co chwilę wyjeżdżają, nawet bagaże ci wniosą :)
Na trasie Santa Cruz jest 5 polanek, na których można rozbić namiot. Polecamy wycieczkę z Vaquerii, ponieważ z Punta Union przez całe Santa Cruz idziesz z górki i podziwiasz widoki - większa przyjemność :)
Santa Cruz - trekking
13.11.13
Po dwóch tygodniach klimatyzacji wybraliśmy się w góry. Przyjaciele podpowiedzieli nam, że Santa Cruz to naprawdę niesamowite miejsce, a wspinali się nawet w Himalajah. Pożyczyli nam też namiot, karimaty, kuchenkę itd., bo nic nie mieliśmy :). Pomijając moją chorobę i jeden wieczór w namiocie w centrum burzy, w kolejnych dniach mieliśmy świetną pogodę na trekking. Pierwszego dnia po każdym uderzeniu pioruna, Jarek przytulał się do mnie jeszcze mocniej, mówiąc, że jak zginiemy to razem :). No, ale nie ma tak łatwo, następnego dnia czekała na nas góra. Wyruszyliśmy wcześnie rano, no i udało się - gdy przekroczyliśmy Punta Union (4750m) otworzył się przed nami inny świat. Piękne widoki - szczyty ponad 6000m, chmury się rozwiewały, soczysta trawka, pasące się dziko krowy, konie, osiołki, laguny z krystalicznie czystą wodą, źródełka, wodospady- istna sielanka. Dla nas to najpiękniejsze miejsce w górach w jakim byliśmy. Trzy dni jak w raju - niezapomniane. A zresztą zobaczcie sami ....
Po dwóch tygodniach klimatyzacji wybraliśmy się w góry. Przyjaciele podpowiedzieli nam, że Santa Cruz to naprawdę niesamowite miejsce, a wspinali się nawet w Himalajah. Pożyczyli nam też namiot, karimaty, kuchenkę itd., bo nic nie mieliśmy :). Pomijając moją chorobę i jeden wieczór w namiocie w centrum burzy, w kolejnych dniach mieliśmy świetną pogodę na trekking. Pierwszego dnia po każdym uderzeniu pioruna, Jarek przytulał się do mnie jeszcze mocniej, mówiąc, że jak zginiemy to razem :). No, ale nie ma tak łatwo, następnego dnia czekała na nas góra. Wyruszyliśmy wcześnie rano, no i udało się - gdy przekroczyliśmy Punta Union (4750m) otworzył się przed nami inny świat. Piękne widoki - szczyty ponad 6000m, chmury się rozwiewały, soczysta trawka, pasące się dziko krowy, konie, osiołki, laguny z krystalicznie czystą wodą, źródełka, wodospady- istna sielanka. Dla nas to najpiękniejsze miejsce w górach w jakim byliśmy. Trzy dni jak w raju - niezapomniane. A zresztą zobaczcie sami ....
Domy w Huaraz
29.10.13
W latach 70-tych Huaraz przeżyło ogromne trzęsienie ziemi. Tak naprawdę przetrwała jedna ulica. Zatem cała zabudowa jest nowoczesna. Jednak chyba dopiero co setny dom jest ukończony. Zawsze przecież można dobudować kolejne piętro, więc każdy dom ma wyciągnięte pręty pod następne kondygnacje. Nasz dom też :)
W latach 70-tych Huaraz przeżyło ogromne trzęsienie ziemi. Tak naprawdę przetrwała jedna ulica. Zatem cała zabudowa jest nowoczesna. Jednak chyba dopiero co setny dom jest ukończony. Zawsze przecież można dobudować kolejne piętro, więc każdy dom ma wyciągnięte pręty pod następne kondygnacje. Nasz dom też :)
Husacaran
29.10.13
Huascaran to najwyższy szczyt Peru ma 6768 n.p.m. Mimo, że jesteśmy niedaleko równika, on zawsze jest ośnieżony. Wyprawa na tę górę zajmuje 6 dni. Choć to nie łatwy szczyt wielu naszych znajomych go zdobyło. Nam wystarczy na razie na niego popatrzyć. Szczególnie pięknie usiąść o poranku na wzgórzu z widokiem na te olbrzymy :)
Huascaran to najwyższy szczyt Peru ma 6768 n.p.m. Mimo, że jesteśmy niedaleko równika, on zawsze jest ośnieżony. Wyprawa na tę górę zajmuje 6 dni. Choć to nie łatwy szczyt wielu naszych znajomych go zdobyło. Nam wystarczy na razie na niego popatrzyć. Szczególnie pięknie usiąść o poranku na wzgórzu z widokiem na te olbrzymy :)
Quechua - Ancash
27.10.13
W miastach i miasteczkach większość mówi w języku Castellano (hiszpański - z kilkoma różnicami), jednak na wioskach dominuje Quechua. To naprawdę trudny język, ponieważ słowa mają dużo odmian, a do tego w każdym regionie mówi się inaczej. Jest Quechua Cuzco, Quechua Ancashi i wiele innych.
Czasem jest naprawdę zabawny np. Chancho ('czanczo') - świnia, Cusi ('kusi') - radość, zadowolenie.
Panie - nie ważne czy młode czy starsze ubierają się w specyficzne stroje, a na plecach noszą zakupy, chyba, że wystaje noga - oznacza to, że tam śpi dziecko :)
W miastach i miasteczkach większość mówi w języku Castellano (hiszpański - z kilkoma różnicami), jednak na wioskach dominuje Quechua. To naprawdę trudny język, ponieważ słowa mają dużo odmian, a do tego w każdym regionie mówi się inaczej. Jest Quechua Cuzco, Quechua Ancashi i wiele innych.
Czasem jest naprawdę zabawny np. Chancho ('czanczo') - świnia, Cusi ('kusi') - radość, zadowolenie.
Panie - nie ważne czy młode czy starsze ubierają się w specyficzne stroje, a na plecach noszą zakupy, chyba, że wystaje noga - oznacza to, że tam śpi dziecko :)
Kurczaki
27.10.13
Jakie mięso jeść w Peru? Tu niedrogo kupisz baraninę, wołowinę (pół kilo 8sol) oraz ryby. Wieprzowiny nie polecamy obcokrajowcom, ponieważ może zawierać pasożyty, które bardzo osłabiają organizm. Ze względu na to w restauracjach nie jemy także surówek - wszelkich niegotowanych warzyw. Kurczak "pollo" też smakuje całkiem nieźle, tyle że nie jesteśmy w stanie kupić surowego. Nie możesz tu kupić np. samych piersi z kurczaka. Poza tym tu nie ma chłodni, dlatego w przeciwieństwie do much omijamy je z daleka.
Jakie mięso jeść w Peru? Tu niedrogo kupisz baraninę, wołowinę (pół kilo 8sol) oraz ryby. Wieprzowiny nie polecamy obcokrajowcom, ponieważ może zawierać pasożyty, które bardzo osłabiają organizm. Ze względu na to w restauracjach nie jemy także surówek - wszelkich niegotowanych warzyw. Kurczak "pollo" też smakuje całkiem nieźle, tyle że nie jesteśmy w stanie kupić surowego. Nie możesz tu kupić np. samych piersi z kurczaka. Poza tym tu nie ma chłodni, dlatego w przeciwieństwie do much omijamy je z daleka.
Panorama na skałkach
21.10.13
Pierwsza wyprawa - początkowo na drobne pagórki, by zobaczyć panoramę miasta i troszkę poprawić kondycję. Miasto Huaraz ma ok 100 tyś mieszkańców. W latach 70-tych było tu trzęsienie ziemi i została tylko jedna ulica. Więc widzimy tu raczej nowe budownictwo. Najciekawsze jest to, że chyba nie widzieliśmy skończonego budynku. Prawie każdy dom ma wyciągnięte pręty pod następne kondygnacje. Mieszkańcom nie zależy też na tym by sąsiedzi widzieli jaki ładny dom posiadają. Domy są wyszpachlowane w środku, a na zewnątrz po prostu cegła.
Pierwsza wyprawa - początkowo na drobne pagórki, by zobaczyć panoramę miasta i troszkę poprawić kondycję. Miasto Huaraz ma ok 100 tyś mieszkańców. W latach 70-tych było tu trzęsienie ziemi i została tylko jedna ulica. Więc widzimy tu raczej nowe budownictwo. Najciekawsze jest to, że chyba nie widzieliśmy skończonego budynku. Prawie każdy dom ma wyciągnięte pręty pod następne kondygnacje. Mieszkańcom nie zależy też na tym by sąsiedzi widzieli jaki ładny dom posiadają. Domy są wyszpachlowane w środku, a na zewnątrz po prostu cegła.
HUARAZ SUPERMERCADO
18.10.13Jesteśmy w Huaraz - miato położone na ok 3000m n.p.m., a z za okien widzimy kolejne 3000 - ośnieżone szczyty. Widok przepiękny tylko zapach przerywa chwilę zadumy. W pierwszy dzień zapach był naprawdę ciężki do zniesienia (mieszanka śmieci, starego mięsa, mięsa smażonego i spalin), jednak po kilku dniach przestał nam już tak przeszkadzać. Zastanawiamy się czy sami już tak nie pachniemy :)
Na targowiskach jest dosłownie wszystko i może stąd ten zapach. Zobaczcie sami ....
Filety z rybki też były dla nas atrakcją, pierwszy raz widzieliśmy jak ktoś robi to przy nas.
Na ulicy w Huaraz
18.10.13Na ulicy w Huaraz jest niesamowity gwar. Panie w ludowych strojach siedzą na rogach ulic i sprzedają koniczynę do pieczenia świnek morskich, robią na drutach i sprzedają czapeczki, leżą psy - trzeba uważać by na to wszystko nie nadepnąć :). Do tego wszystkiego bezustanny hałas "pipczących" aut ...
Zastanawiamy się co możemy jeść na ulicy, podziękowaliśmy za mięso i surowe warzywa - mogą być niemyte. Jednak nie mogliśmy się oprzeć, by spróbować owoce. Za 1,50sol wypijesz tu piękny pucharek soku ze świeżo wyciśniętych owoców, robionych przez Panią z Quechua.
Taxi w Limie
17.10.13
Słyszeliśmy, że kierowcy w Limie jeżdżą jak szaleni i często nie używają kierunkowskazu. Nie rozczarowaliśmy się, mnóstwo poobijanych aut i ciągle wszyscy trąbią. Emocje jak w wesołym miasteczku :)













.jpg)

























.jpg)















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz