JW

Głoszenie pasażerom

16.12.13
Sześć godzin drogi – co tu robić? Tak naprawdę jest to niepowtarzalna okazja by niektórzy mogli usłyszeć prawdę z Biblii. Na tym odcinku Amazonki łódka zatrzymuje się wiele razy w wioseczkach składających się zaledwie z kilku domków. Tu się praktycznie nie głosi. Jednak niektórzy mieszkańcy właśnie z nami udają się do Indiany lub jeszcze dalej, do Iquitos. Siostra Sara szybko wykorzystuje okazję i po kolei podchodzi do każdego, by podzielić się jakąś myślą z Biblii. Po kilkuminutowej rozmowie pozostawia traktat lub czasopismo. Każdy chętnie słucha. My rozmawiamy także z pasażerkami siedzącymi obok. Są bardzo zadowolone, że mogły usłyszeć coś więcej o Bogu. Żal byłoby nie wykorzystać takiej okazji! Później z czystym sumieniem możemy wypoczywać dalej :).



Wdzięczność braci rekompensuje wszystko


15.12.13
Ta wyprawa w głąb dżungli to naprawdę niesamowite przeżycie. Było trochę niewygód: brak sklepu, brak prądu, woda w wiadrach z rzeki, niewygodne spanie na podłodze w domku na palach, w nocy dziwne odgłosy zwierząt, szczury i karaluchy. Do tego kilkugodzinna alergia Jarka od pogryzienia przez mrówki, a tam nie było lekarza i nie było jak do niego dojechać. Jednak uściski braci na pożegnanie zrekompensowały wszystko. Jeden brat powiedział, że jest to dla nich ogromna zachęta, widzieć na własne oczy, że w innych regionach świata też są nasi bracia. Pierwszy raz odwiedzili ich współwyznawcy z innego kontynentu :).
Dla nas to też było niesamowite przeżycie. Widzieliśmy jak w środku dżungli, w maleńkiej miejscowości, do której nie łatwo dojechać, ośmiu naszych braci każdego tygodnia się spotyka, by wspólnie organizować sobie zebrania i umacniać swoją wiarę. Niektórzy muszą iść kilka godzin wąską ścieżką, by się wspólnie spotkać.

Pierwszy brat, który poznał tu prawdę miał do opowiedzenia ciekawą historię. Jego siostra, która dostała od naszych braci książki Zbiór opowieści, Żyć wiecznie i Księgę Objawienia – wysłała mu je w głąb dżungli łódką, bo jej mąż chciał, by je wyrzuciła. Brat czytał je wiele razy – nawet trudną książkęObjawienie... . Był tym zachwycony. Gdy w późniejszych latach przypłynęli tam pierwsi Świadkowie, ludzie mówili, że "już taki jest od was, który tu głosi to samo". Bracia nie wiedzieli, że jest tu jakiś ich współwyznawca, ale szybko zlokalizowali tego zainteresowanego w odległej chatce przy brzegu rzeki. Ale to była radość, gdy w końcu znalazły się osoby, które mogły odpowiedzieć na wszystkie jego pytania :). Dziś wspólnie z rodziną służy Jehowie.





  

Moja wpadka


15.12.13
Do niektórych domów można dojechać tylko pojazdem wodnym. Ja i trzy inne osoby wysiedliśmy z łódki by zajść do dwóch domów. Łódka popłynęła dalej, a my mieliśmy dojść ścieżką i się spotkać z resztą grupy. Jednak okazało się, że teren jest bagnisty i nie da rady. Musieliśmy wrócić i przeprawić się przez rzekę. Na brzegu była jakaś łódź, ale trzeba było z niej wylać wodę. Nagle z drugiej strony rzeki płynie chłopiec w czymś, co przypomina kajak z wyżłobionego pnia drewna. Chce nam pomóc. Ja odważyłam się wsiąść do jego łódeczki i oczywiście po chwili wylądowałam w wodzie. To było do przewidzenia :). Ale w sumie, gdy jest tak gorąco potraktowałam to jak przyjemne orzeźwienie i śmieszną przygodę. Do tego siostry po jednej i po drugiej stronie rzeki miały niezły ubaw - za darmo hehe. Cała mokra stwierdziłam, że mogę teraz popłynąć z chłopcem, bo nic się nie stanie jak wpadnę ponownie.
Dobrze tylko, że torebka okazała się nieprzemakalna, bo trzeba było zaraz dalej głosić. Ważne by Biblia i czasopisma były suche, bo przy takiej temperaturze i wilgotności powietrza tu i tak czujesz się przynajmniej trochę mokry :)




Głoszenie w dżungli


15.12.13
Długo nie zapomnimy naszej wyprawy do Vanilli. Tu można było się poczuć naprawdę ekstremalnie. Wyruszamy wszyscy rano, by głosić w tej miejscowości i przekazać ważną wiadomość. W wiejskiej świetlicy bracia organizują wieczorem zebranie - będzie prąd przez 4 godziny (od 6-10p.m). Ma być na nim nasza 9-osobowa ekipa, miejscowi bracia, bracia z innej wioski oraz zaproszeni. Przyszło kilkunastu zainteresowanych - co w tak małej miejscowości można uznać za ogromny sukces. Jarek bardzo się ucieszył, że przybyli jego zainteresowani mieszkający po drugiej stronie rzeki z wioski Puerto Rico. Powrót do domu w nocy to nie łatwa sprawa.  Jednak Jarek i ja nie mogliśmy się z nimi spotkać. A to wszystko przez mrówki - one okazały się tu bardziej niebezpieczne niż aligatory i anakondy. Zastanawialiśmy się jak organizm Jarka to przeżyje - bronił się na różne sposoby. Było trochę stresu, ale skoro go nie zabiły to go wzmocniły :)




Wyprawa do Vanilli


14.12.13
Mamy zamiar odwiedzić naszych braci mieszkających głęboko w dżungli. Nasza wyprawa od początku niesie za sobą mnóstwo niespodzianek. Mieliśmy jechać wczoraj, jednak łódka nie przypłynęła. Trochę z niepewni szykujemy się kolejnego dnia. Dziś się udało – trochę mało miejsca w łódce– ok 40 osób już tam jest, a do tego każdy ma mnóstwo zakupów. Jest żywność, banany, kury, worki z ziemniakami, bryły lodu – do mrożenia ryb, silniki, szafy i wiele, wiele innych. Do tego doliczyć trzeba zwierzęta – żywe kury i nawet jedna świnia. Najlepiej było siedzieć na dachu – tam była przestrzeń – gorzej jak zaczęła się ulewa.
Cztery godziny podróży z prądem rzeki – gdy dopływamy już się ściemnia. Świecimy latarkami by zobaczyć jak wyglądają bracia, u których będziemy mieszkać bo nie ma prądu. Siedząc w pokoju prawie nic nie widać, jednak to nie przeszkadza wszystkim gawędzić i śmiać się. Drogą przez dżunglę przybyli też inni bracia by nas zobaczyć :) Chwilę później wracają do domu, po zmroku – z jedną latarką. Ja bałam się kolejnego dnia iść tą drogą za dnia.
Przyjechaliśmy do naszych braci z dość dziwnymi prezentami – worek z solą i worek z cukrem. Jednak to są najbardziej potrzebne rzeczy jakie mogliśmy im dać – wszystko co tu się przywozi łódkami jest bardzo drogie. Nie możemy uwierzyć gdzie my jesteśmy :) Oni też są bardzo podekscytowani i szczęśliwi, bo po raz pierwszy odwiedzili ich bracia z innego kontynentu :).





Czytanie


13.12.13
Aktualnie jest tu bardzo dużo szkół i co chwilę nowa się buduje. I choć dziś dzieci potrafią czytać bardzo szybko - mając cztery lub pięć lat, część ich rodziców tego nie potrafi. Zatem, aby poznać prawdę z Biblii wielu musi się nauczyć czytać. Bracia prowadzą takie studia. Mimo wszystko te osoby chcą wiedzieć więcej. Zostawiamy im czasopisma, ponieważ dzieci mogą im je czytać. Jest to pożytek dla wszystkich :)


Ciekawe jest to, że ledwo trzymający się domek na palach, w miejscowości gdzie już jest prąd, ma antenę satelitarną i telewizor. Technika wchodzi tu bardzo szybko i nie zawsze ma dobry wpływ na mieszkańców. Jednak bracia starają się to wykorzystać i bardzo często umawiają się z zainteresowanymi na oglądanie filmów wydanych przez Świadków Jehowy – często już na drugiej, trzeciej wizycie.



Mazan - jest wielka potrzeba


13.12.13
Dziś wyruszamy do miejscowości, do której możemy dotrzeć lądem ok. 10 km od naszego domu. Jest chyba nawet większa niż Indiana i jest tam tylko jeden brat. Nie dlatego, że ludzie nie chcą studiować Biblii, po prostu brakuje rąk do pracy. A pracy jest tam mnóstwo - wiele osób chciałoby, by ich ponownie odwiedzić. Brat, który tam mieszka wyjeżdża często wraz rodziną bardzo daleko do pracy - na kilka miesięcy. Jednak część osób zostaje - dlaczego z nimi nie studiować? Podczas naszego pobytu udało nam się spotkać kilkakrotnie z tą rodzinką i przeprowadzić kilka studiów biblijnych - z żoną -pionierka Lorena, synową - ja i synem - Jarek. Większość rodziny przyjeżdżała też na zebrania - brat ma tyle wnuków, że razem zajmowali prawie połowę miejsc na Sali Królestwa :). Ponownie mieliśmy okazję mieć swój udział w zachęceniu osób, które już miały kontakt z prawdą, do robienia dalszych postępów. Dało nam to mnóstwo radości, a na pożegnanie ugoszczono nas przepysznym obiadem z żółwia.





Zabawa w Dżungli


12.12.13
Wszyscy mieszkańcy Peru lubią tańczyć. Nasi bracia bawią się wyśmienicie. Nie jest istotne jak kto się rusza - po prostu ma się kołysać w rytm muzyki i się cieszyć. Nam się podobało to, że na zabawę naprawdę przychodzą wszyscy - dzieci, młodzi, ale także mnóstwo osób starszych wiekiem. Te cioteczki i wujkowie wcale nie grzeją ławek - lecz cały czas tańcują.
Kilka dni po przyjeździe do Indiany zorganizowano dla nas zabawę powitalną. Niewiele trzeba, żeby to zorganizować - ktoś udostępnił chatkę, ktoś przyniósł magnetofon, ktoś refresko (napój owocowy), ktoś zrobił popkorn i tyle. Uczyliśmy się świetnych tańców w rytm muzyki - Anakonda, Mosku, Gorila :)
My również naszymi zabawami rozbawiliśmy braci do łez.
A następnego dnia, mimo wszystko, zbiórka na 8.15 - trzeba było szybko spać :)


Pasa

09.12.13
"Pasa" mówią mieszkańcy, gdy zapraszają cię do środka. Ciekawe, bo jaki wstęp nie powiesz, jakie pytanie nie zadasz, usłyszysz odpowiedź – "Pasa". Wchodzimy do środka opowiadamy z czym przyszliśmy. Praktycznie w każdym domu, do którego dziś zaszliśmy rozmawialiśmy chwilkę i umawialiśmy się na odwiedziny. Ludzie chcą studiować Biblię. I choć są tacy co nie potrafią czytać myślę, że więcej zastanawiają się nad pytaniem tym po co żyją niż ludzie z "mojej ziemi". Często pytają mnie jacy ludzie żyją na mojej ziemi. Niestety muszę powiedzieć, że choć potrafią czytać, czytają coraz mniej i coraz rzadziej szukają prawdy.

Dziś jeden Pan powiedział mi, że tu ludzie są zagubieni, bo bardzo szukają prawdy o Bogu, ale jest tyle religii, że nie są pewni gdzie ona jest. Jeśli pokazujemy kilka ważnych pytań, nawet to: Dlaczego cierpimy? Co się dzieje po śmierci? I tak najczęściej wybiorą: Jak znaleźć religię prawdziwą? Nawet jeśli nie potrafią czytać, chętnie przyjmują czasopisma, ponieważ dzieci mogą je im poczytać :)


Zebranie w Indianie

09.12.13
Zbór liczy 29 osób. Jednak 8 osób mieszka bardzo daleko – 3 godziny drogi łódką, w miejscowości Vanilla. Mają oni własne zebrania – niedługo się do niech wybieramy. Tu pozostaje 21 braci. Łącznie prowadzą 96 studiów biblijnych. Na zebranie mało który zainteresowany przychodzi punktualnie – jednak na koniec zebrania jest ich naprawdę dużo. Jest też mnóstwo dzieci, które uwielbiają odpowiadać na pytania. Słyszeliśmy też, że w tym okręgu jest chłopiec, który ma teraz 11 lat – jest dwa lat po chrzcie i od roku pionierem stałym :)
Ciekawa jest też historia Sali Królestwa. W pewnym miasteczku w dżungli pewien pan sprzeciwiał się działalności Świadków Jehowy. Była tam stara drewniana salka przykryta liśćmi. Ze złości ją podpalił. Dowiedzieli się o tym majętniejsi bracia z Limy i ufundowali budowę 5 sal w dżungli. Dzięki temu w Indianie też jest teraz piękna Sala Królestwa.


Jak jedna rodzina

08.12.13
Powitalny obiad w gronie pionierów – dawno nie słyszeliśmy tak głośnych śmiechów. Bracia żyją niesamowicie rodzinnie. Gościnność też jest niesamowita. Rodzinka z dziećmi zaprosiła nas po zebraniu na kolację. Nie trzeba wiele – było to coś w rodzaju kleika ryżowego ze słodkimi bułeczkami. Radość, radość, radość – niezapomniany posiłek w drewnianym domku na palach.
Niedzielne wieczory to czas na sport. Siostry tu świetnie grają w siatkówkę i piłkę nożną – reprezentacja Polski znów się nie popisała – czyli ja :)




Przywitanie w Indianie

08.12.13
Na zebraniu w Iquitos dowiedzieliśmy się, że warto odwiedzić małą miejscowość przy Amazonce – Indianę – tu naprawdę potrzeba głosicieli. Dowiedzieliśmy się, żę jak wypłyniemy łódką o 8.00 to ktoś będzie na nas czekał. Miałam łzy w oczach gdy zobaczyłam wielką grupę braci i sióstr i dzieci, którzy na nas czekali :) Uściskali nas i dali odczuć, że bardzo bardzo się cieszą z naszego przyjazdu. Poczuliśmy się jak w rodzinie. Przy Sali Królestwa znajduje się mieszkanko pionierskie. Siostry tam mieszkające zaoferowały osobny pokój nam i braciom, którzy przyjechali z nami.



Wieczorny spacerek po Iquitos

06.12.13
Tak można określić wieczorne rozmowy z mieszkańcami miasta Iquitos. Już się ściemnia i przyjemnie. Mieszkańcy wychodzą przed domy i siedzą przy stolikach lub odpoczywają na swoich hamakach – tu praktycznie każdy ma hamak. Widzimy jak dziewczynki grają "w gumę", młodzież w siatkówkę, kobiety haftują i gawędzą. Gdy zachodzimy chętnie rozmawiają i często zapraszają do domu. Nie wiemy kiedy zleciały dwie godziny.


Fiesta

02.12.13
  W tę niedzielę po zebraniu większość braci idzie dwie ulice dalej. Jest tam wynajęta sala do tańczenia. Żeby pokryć koszty każdy wrzuca ile może (parę soli), większość też przynosi co nie co. Kochane siostry ugotowały dla wszystkich kolację. Modlitwa i zaczynamy zabawę prawie do północy :).
  Tutaj każdy lubi się bawić i tańczyć. Są wszyscy -dzieci, młodzi, starsi wiekiem, wszyscy starsi zboru z rodzinami, nawet zawitał nadzorca obwodu by potańczyć z żoną. Nie trzeba nikogo wyciągać do tańca. Siostry uczą nas tańczyć do peruwiańskiej muzyki Huayno (czyta się łąjno :) ).  My także pokazaliśmy jak się tańczy w Polsce.
Dziś brat w podeszłym wieku tłumaczył nam, że muszą często robić takie zabawy lub sportowe pikniki, bo muszą dbać o swoją młodzież i dzieci. Na każdym kroku dostrzegamy niesamowitą miłość do siebie nawzajem :)




Zawsze jest możliwość by robić więcej

29.11.13
   O 6.15 Jarek jest już na placu Plaza de Almas i spotyka się z bratem Edwinem, a ja z jego córką. Dla nas to świetne doświadczenie rozmawiać z ludźmi tak wcześnie rano. Jednak dla tego brata to jedyna sposobność. Tutaj mało kto ma wolne w niedziele, pracuje się 7 dni w tygodniu. Brat ma na utrzymaniu rodzinę i pracuje codziennie od 8.00 do 20.00 (troszkę szybciej kończy w dni zebrań). Jak to możliwe, że udaje musi głosić ponad 30 godzin w miesiącu?
Ofiarność braci naprawdę nas zachwyca. Wiele osób korzysta z porannych zbiórek o 7.45, a o 10.30 idą do pracy np. otwierają sklepy i pracują w nich nawet do 22.00. Czasami się zastanawiamy czy też potrafilibyśmy się na to zdobyć? Na pewno motywuje nas to by robić więcej.


Rozmowy nieoficjalne

22.11.13
   Nie zawsze łatwo było mi rozmawiać o Bogu z przypadkiem napotkanymi osobami. Tu mamy duże ułatwienie, dlatego staramy się wykorzystywać każdą okazję - wiele osób pyta nas co "gringo" tu robią. Pewnego dnia poszliśmy kupić sobie peruwiańskie pantalony - kolorowe spodnie. W jednym sklepie długo się zastanawialiśmy, bo kolorów jest mnóstwo. Podszedł do nas sprzedawca, a że mówiliśmy już lepiej po hiszpańsku zaczął pytać o nasze wycieczki. Powiedzieliśmy, że jesteśmy tutaj dłużej, jesteśmy Świadkami Jehowy i mamy trochę inny cel wizyty w Huaraz. Okazało się, że jego żona studiuje Biblię, a on i jego dorosłe dzieci też kiedyś studiowały. Córka, gdy była młodsza zawsze ciągnęła ich na zebrania, jednak później zachorowała na pewną chorobę autoimmunologiczną i zapał wszystkich osłabł. Po godzinnej rozmowie owi Państwo zaprosili nas na następną niedzielę na obiad.
   To było niezwykłe przeżycie - spędziliśmy tam pięć godzin, odkąd jesteśmy w Huaraz nie jedliśmy tak pysznego dania, a do tego sałatka owocowa z czekoladą i kokosem i wyciskany sok z marakui. Mimo tak wyśmienitej cielesnej konkurencji duchowe przeżycia "smakowały" bardziej. Gdy rozmawialiśmy o tym, że właśnie w trudnych chwilach, chwilach gdy jesteśmy słabi, musimy być blisko naszego Stwórcy i wysilać się w służbie dla niego, dziewczynom i mi zaczęły napływać łezki do oczu. Zachęciliśmy je by zawsze stawiały sobie cele w życiu. To była niezwykle krzepiąca rozmowa. Uściskaliśmy się i ustaliliśmy, że tego samego dnia przyjdą na nasze zebranie. Jakże się ucieszyliśmy, gdy zobaczyliśmy Panią z córką i synem wchodzących na salę podczas pieśni. Teraz zarówno córka jak i syn zaczynają ponownie studiować Biblię, a mąż także o tym myśli. Dziś także spotkaliśmy się w sklepiku - dziewczyny są radosne, zdecydowane walczyć z przeciwnościami i mają konkretne cele duchowe :)


Demostracion

22.11.13 
    Jeszcze nie możemy w to uwierzyć. Jesteśmy w zborze dopiero miesiąc, oficjalnie dalej w Polsce, dopiero uczymy się języka, a poproszono nas o pokaz na zebraniu. Jarek oczywiście się zgodził. Na sali ok 170 osób. Ja, choć miałam do powiedzenia jedno zdanie stresowałam się za dwojga.
To niesamowite, że mamy tu okazję przeżyć wszystkie emocje od nowa. W Polsce punkty i wypowiedzi coraz mniej nas stresowały. Tutaj, ja piszę sobie odpowiedzi lub czytam zdania z akapitu, a i tak serce bije mocniej. Odpowiedzieć nie jest też tak prosto, bo rywalizujemy z małymi dziećmi o najprostsze pytania, a one i tak mają pierwszeństwo przed nami. Jednak dzięki temu ćwiczymy zgodnie z radami wypowiedzi proste i krótkie :) Jarek nie okazuje tak bardzo stresu, jednak po każdym zebraniu, chce iść szybko do domu bo jest straszliwie głodny. Niestety przynajmniej przez godzinę wyjść się nie da. Bracia okazują sobie na wzajem mnóstwo emocji. Za te 30 sekund pokazu było przynajmniej 30 gorących uścisków :*


Pionierzy - Prekursorzy

21.11.13 
    Będąc pionierem w Huaraz nie jesteś wyjątkiem. W zborze jest aktualnie 32 pionierów stałych - w tym 4 specjalnych. Większość osób głosi rankiem, niektórzy zaczynają o 6 rano inni o 8. Później wiele osób zaczyna pracę, otwiera sklepy, inne siostry zajmują się dziećmi i gotują. Popołudniami dokonuje się odwiedzin. W poniedziałek miałam okazję współpracować z najmłodszą pionierką (prekursora regular). Adelina ma 12 lat. Jak się jej udaje pogodzić taką pracę ze szkołą? Okazuje się, że odpowiedzialni uczniowie, za zgodą nauczycieli i rodziców mogą uczyć się w domu. Raz w miesiącu przynoszą wypełnione ćwiczenia i piszą testy. W Limie, która jest bardzo niebezpieczna, coraz częściej to się praktykuje. Adelina ma dzięki temu więcej czasu. Ma też bardzo dokładnie sprecyzowane plany na przyszłość, wie czym będzie się zajmować, dokąd wyjedzie i co jeszcze będzie robić dla swojego Stwórcy - dzięki temu ma zawsze uśmiech na twarzy :)
To pokazuje jak ważne jest mieć zawsze określone plany i cele, nawet te bardzo odważne. Dzięki temu unikniemy monotonii i nie będziemy stać w miejscu. A jeśli są szczytne, to gdy je osiągniemy nie posiadamy się z radości. To pozwala także w trudnych chwilach zachować pozytywne nastawienie i nie zachorować pod względem duchowym. Zawsze znajdą się osoby, które powiedzą: po co ci to, zrób tamto. My takich osób nie słuchaliśmy i dzięki temu jesteśmy w Huaraz zaznając wielu błogosławieństw, a niedługo czas na kolejne cele . . .


Marian

19.11.13 
    Nie ma to jak głoszenie w górskiej wioseczce - przypomina to raczej poranny spacerek w najlepszym towarzystwie przeszczęśliwych ludzi. Zbiórka dziś dość późno 8.15. Przydzielono mnie do najstarszej siostry - na pewno ponad 70 lat (nie pytałam o wiek, bo nie wypadało), jednak czasami zastanawiałam się, kto jest z nas starszy. Czytała bez okularów, świetnie rozmawiała z ludźmi, wspinając się po kamieniach to ona podawała mi rękę i co jakiś czas zrywała mi pędy eukaliptusa mówiąc "bien para aire" - słyszała moją zadyszkę podchodząc pod górę. Wąchając listki eukaliptusa faktycznie lepiej można było regulować oddech. To miejsce, do którego rzadko bracia docierają, dlatego można było znaleźć wiele ciekawych osób, które chciały studiować Biblię lub dzieci, które dorosły i chciały mieć własne studium. Część starszych pań rozmawiało tylko w języku Quechua, no i oczywiście moja companiera też znała ten język. Choć była niziutka, to ja ta ciągle najwyższa poczułam się naprawdę mała :)


Asemblea

14.11.13 
    W niedzielę odbyło się zgromadzenie specjalne w wynajętym koloseum w Huaraz, na którym obecnych było ok 800 osób. Niektórzy schodzili się jeszcze o jedenastej, choć tak naprawdę wyszli wcześniej z domu niż my. Jedna siostra opowiadała, że wsiadła w autobus o 3.00 a.m.
  Wystrój skromny, betonowe schody do siedzenia, w kwiatach ukryty okrągły zegarek ze wskazówkami dla mówców. Gdy podniesiesz oczy do góry, widzisz siedzące gołębie, które raz po raz przelatują nad całym koloseum. By wszyscy wszystko dobrze usłyszeli, porozstawiano mnóstwo głośników. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tak głośnych sopranów, więc aby dobrze słyszeć program zrobiliśmy sobie zatyczki do uszu z papieru toaletowego - siostra nam poradziła :)
Program był świetny, jednak ogromna braterska miłość, uściski, śmiechy, rozmowy - to coś co najlepiej się zapamiętuje.
Jarek jeszcze zapamiętał niewygodne spanie na podłodze podczas pilnowania w nocy sali zgromadzeń ;)

    Po zgromadzeniu wspólnie z nadzorcami i pionierami z różnych terenów poszliśmy na kurczaka - łącznie 40 osób. Później jeszcze spora część powędrowała na nocny spacer po mieście oraz owocowe lody :)
    Kilka słów o nadzorcach. Teraz pojechali do miasteczka oddalonego o 9 godzin autobusem. W autobusach nie jest wygodnie, siedzenia są tak blisko, że mrowieją nogi. Jeśli przez deszcze droga została rozmyta, będą musieli jeszcze iść godzinę czasu przez góry z bagażami. Zaczyna się pora deszczowa w górach, więc takich utrudnień będzie coraz więcej. Jednak dawno nie spotkaliśmy tak skromnych, a jednocześnie mega zabawnych ludzi, którzy uwielbiają się bawić i śmiać. 




Gracias a Jehova por tu, mi hermana"

13.11.13 
    To niesamowite, że mamy braci dosłownie wszędzie. W każdym miejscu na świecie znajdziemy braci, którzy są nam czasem bliżsi niż rodzeni. W środku pasma górskiego Cordillera Blanca mieszka nasza siostrzyczka Juli. Aby się dostać do jej miejscowości musisz przynajmniej 4 godziny przedzierać się busem przez góry (przełęcz 4600n.p.m.). Mieszka tam sama, ale cieszy się, że tam jest. Ma własne owce, kury, cuy (świnki morskie). Zna język hiszpański i Quechua Ancashi - prowadzi tam mnóstwo studiów biblijnych w górskich miejscowościach - wszędzie chodząc pieszo, a także prowadzi punkty na zebraniach w miejscowości oddalonej o 30 km - ponieważ nie ma braci.
   Po 4 godzinach jazdy, gdy dotarliśmy Vaquerii poczułam się okropnie słabo. Myślałam, że to choroba wysokościowa, jednak jak się później okazało zaraziłam się jeszcze w Huaraz grypą żołądkową. Wiedzieliśmy, że mieszka tu Świadek Jehowy, więc pytaliśmy i za chwilkę trafiliśmy do domu Juli :). Prowadzi ona jedyny sklepik w wiosce.
   Nie wiem co by było gdyby nie jej pomoc. Otrzymałam łóżko, mnóstwo ciepłych wełnianych koców, pyszne jedzenie i "kogle mogle" czyli prawdziwe naturalne lekarstwa. Spędziliśmy tam dwa dni - dwa dni w zupełnie innym świecie. Tam ludzie mając 80 lat dalej pracują, dobrze widzą i dobrze się czują.
  Gdy ja już lepiej się poczułam, co chwilkę się wzruszałam mówiąc "Dziękuję Jehowie za Ciebie, moja siostrzyczko, nigdy tego nie zapomnę". Juli bardzo się cieszyła, że byliśmy, to tak jakby odwiedziła ją najbliższa rodzina :) A cztery dni później znów spotkałyśmy się na kongresie :)



"Satanas Park"

03.11.13 
Przepiękny wykład przedstawił dziś brat z Betel. No i przykład trafiony w dziesiątkę:
W każdym kraju, nawet w Peru znajduje się niesamowity park rozrywki nazywa się "Satanas Park".
Są tam niesamowite atrakcje. Tak, tak kolejki górskie też są, serpentyny, ślizgawki itp.
Zastanawiasz się ile trzeba zapłacić aby tam się znaleźć. Okazuje się, że NIC. Za wstęp nic się nie płaci. WOW! Wszystko za darmo. Jedzenie,picie do woli - napoje jakie chcesz, możesz palić co chcesz, bawić się, imprezować, nawet dopuszczać niemoralności. Myślisz tylko o sobie i swoich przyjemnościach. Istne szaleństwo - czujesz się naprawdę wolny. Jednak po całym dniu zabawy czujesz się trochę zmęczony i chciałbyś odpocząć. Wychodzimy do domu. A tu nagle przy wyjściu - bramka - trzeba zapłacić.
Jak to, przecież wstęp był wolny. Tak wstęp był wolny, ale nie wyjście.
No dobra biorę portfel i płacę. Jaka jest cena? - Twoje życie!
Jak niemądrze wpaść w taką pułapkę i całe życie wydać na głupoty :)
Cieszymy się, że mogliśmy się z wami tym podzielić.

Remont Sali 

29.10.13 
W górach powoli zaczyna się pora deszczowa. Rano jest bardzo słonecznie i ciepło, a wieczorami wielka ulewa. Aby nie podmakał teren Sali Królestwa, potrzebny był remont. Wielu rzeczy nie trzeba kupić, ponieważ bracia niektóre mają w domach. Pod koniec zebrania ogłaszane jest co potrzeba. Ci co mają to akurat w domu zgłaszają, że przyniosą - jest zabawnie. My nic takiego nie mamy, więc jednego dnia zgłosiliśmy się do pomocy. Jarek jest tu dość wysoki i silny w porównaniu do tutejszych braci. Nosił sam duże deski, więc nazwali go Herkules :)



Recuay

26.10.13 
Na wysokości ok 3500m, 30 min drogi od Huaraz, znajduje się miasteczko Recuay. Przepiękna górska okolica, jednak wiele osób żyje tu bardzo skromnie.

 Ale tu nawet zwierzęta przychodzą studiować Biblię :) :) :)
Do Jarka po kolei przychodziły: piesek-> owieczka-> byk -> kogut na owieczkach:)




Rozmowy w Huaraz

26.10.13 
Zbiórka o  7.45 choć i tak wszyscy przychodzą na 8.00. Siostry tutaj zawsze witają się całusem w policzek, odchylając swoje kapelusze, mówiąc: Buenos Dias! Que tal hermanita? (Jak się miewasz siostrzyczko?) Następnie idziemy wszyscy razem na określoną ulicę. Siostry z siostrami, a bracia z braćmi. Ludzie w Huaraz są bardzo wierzący. Mają ogromny szacunek dla Boga i Biblii. Słowo studium bardzo dobrze im się kojarzy, chcą być wykształceni, a jeszcze bardziej dobrze znać Prawdę z Biblii. Rozmowy z ludźmi naprawdę sprawiają przyjemność. Głoszenie w Huaraz teraz kojarzy mi się ze spokojnym porannym spacerkiem w świetnym towarzystwie.

Jadąc na zbiórkę, czasami wręczamy traktaty lub publikacje pasażerom busów. Niesamowite jest to, że większość otrzymując publikację, natychmiast zaczyna ją czytać. Pewnego razu płacąc za przejazd wręczyłam Pani pobierającej opłatę czasopismo. Podczas gdy ona ją z zaciekawieniem czytała, cały czas odwracała się i uśmiechała inna pasażerka. Pomyślałam, że przygląda mi się bo jestem "gringo" czyli biała, nietutejsza. Jednak, gdy także jej wręczyłam czasopismo, odetchnęła z ulgą, podziękowała i powiedziała, że uwielbia te publikacje. Do końca drogi tylko ja i kierowca nic nie czytaliśmy :)
Dzieci również uwielbiają czytać. Gdy pewnego razu w busie Jarek wręczył traktaty chłopcom, w ciągu kilku minut mieli je przeczytane, ponieważ bali się, że nie zdążą przeczytać zanim on wysiądzie z busa. Ucieszyli się gdy Jarek powiedział, że to dla nich na zawsze.

Kilka słów o zebraniu

20.10.13 W Huaraz jest kilka zborów w języku Quechua i hiszpańskim. Na nasze zebrania przychodzi ok 200 osób, a tylko połowa to bracia :) My konkurujemy z dziećmi jeśli chodzi o zgłaszanie, ponieważ wybieramy tak jak one te najprostsze pytania, a że bardzo dużo dzieci się zgłasza jesteśmy ostatni w kolejce. Serce i tak bije podwójnie przy każdym podniesieniu ręki. Mimo wszystko dużo się z tego uczymy, w końcu Jezus powiedział, że by wejść do Królestwa Bożego trzeba stać się jak małe dzieci :). 
 A po zebraniu wieczór w peruwiańskim KFC. Oczywiście jak przystało na Peruwiańczyków nikt nie pije Coca Coli lecz Inkę Colę. Gdy powiedziałam, że smakuje jak oranżada nikt się z tym nie zgodził. Musiałam przyznać, że prawie jak oranżada, bo nic nie przebije Inca Coli :) 

 Więzienie

20.10.13
Razem z grupką braci Jarek miał okazję głosić w więzieniu. Trzeba było się odpowiednio przygotować, ściągnąć zegarek, łańcuszek i bardzo ważne zostawić w domu telefon - jeśli ktoś by przemycił telefon otrzyma 20 lat więzienia. Tutaj jeżeli jesteś podejrzany najpierw trafiasz do więzienia, a dopiero później czekasz na proces. Czasami nawet bardzo długo, więc czasem nie wiadomo czy rozmawiasz z winnym czy niewinnym. Bracia zrobili mini zebrania dla trzech grup więźniów, każde ok 20 min. Większość to zainteresowani prawdą biblijną, a dwóch z nich to bracia, którzy poznali prawdę już w więzieniu. Brat z Włoch, który nie mógł zapamiętać imienia Jarek i przedstawił go więźniom  'se llama "Czewerik". Que? Skąd takie imię? Carmelo wytłumaczył, że mu się zmieszało  imię ze słowem o podobnym znaczeniu co "guapo" czyli przystojny :), więc Jarek odtąd bardzo polubił swoje nowe imię.  Jesteśmy w Peru dopiero kilka dni, ale nikt na to nie patrzy, skoro umiemy co nie co powiedzieć to nie będziemy oszczędzani. Poproszono Jarka o posłużenie modlitwą na koniec zebrania w więzieniu. Modlitwa trochę spolszczona, bo zamiast słów JesuChristo Jarek powiedział Jesu Christus - było wesoło :) 

Catac i Ticapampa

19.10.13
Catac znajduje się 45min drogi  od Huaraz. To mała mieścinka położona w górach. Jedziemy busem, który zawsze zabiera więcej ludzi niż jest miejsc, jest ciasno i łatwo można nabawić się pcheł, które skaczą po mniej czystych personach. Jest godzina 8.45 i  rogu placu czeka już brat. Zbiórki - czyli zbiera się grupa braci na ulicy, rozmawiamy, śmiejemy się i nagle brat mówi ty i ty idziesz tu, a ten i ten tam, a jak się spotkacie to pójdziecie tam. Więc idziemy.

 Skoro potrafimy powiedzieć "coś" po hiszpańsku, nasi współpracownicy wyszli z założenia, że możemy też głosić. Rzucili nas na głęboką wodę, ale wypłynęliśmy no i dzięki temu mieliśmy dużo radości. Jak się zatniesz zawsze możesz powiedzieć " Soy Polako" i wszyscy zaczynają się uśmiechać. Bardzo dużo osób wie, że Bóg ma na imię Jehowa, co mnie ogromnie zaskoczyło, nawet małe dzieci. Tutaj 4-letnie dzieci już potrafią czytać, więc jak nie wiedziały prosiłam by przeczytały Psalm 83:18. Robiły to dużo lepiej niż ja :), a później powtarzały imię Boga by zapamiętać. Gdy dostały traktat albo jakąś publikację, później mogliśmy zobaczyć jak gdzieś na schodach w skupieniu czytają. Tu prawie nikt się nie spieszy i każdy znajdzie chwilkę by porozmawiać o Bogu.


Po wspólnym obiedzie w restauracji (ala bar mleczny za 6zł) grupą ok 15 osób jedziemy na zebranie do Ticapampy. Salka tej grupy ma ok 18m2, a wchodząc przez drzwi trzeba się pochylić. Mimo wszystko zmieściło się ponad 20 osób. Za to aktywność była imponująca, nam też łatwiej się było zgłosić w tak małej grupie. Mimo, że zebranie składało się z trzech części (grupa ma zebrania raz w tygodniu) nikt nie chciał opuszczać sali. Może dlatego, że na dworze ulewa, ale śmiech braci i biegających dzieci zagłuszał wszystko. Czekając na busy dorośli razem z dziećmi (może bez starszych braci, którzy z uśmiechem się przyglądali) biegali krzycząc "kaczara" co znaczy "berek".

 Rozmowa z taksówkarzem

17.10.13
Po 19 godzinach lotu samolotami + oczywiście oczekiwanie na każdy lot jesteśmy wykończeni. Jednak przyjechaliśmy tu rozmawiać z ludźmi o Bogu. Spotkaliśmy kilku Polaków, którym przedstawiliśmy cel naszej wizyty, a potem wykorzystaliśmy pierwszą okazję rozmowy po hiszpańsku. Taksówkarz, który wiózł nas z lotniska na autobus okazał się człowiekiem bardzo wierzącym :)

1 komentarz:

  1. Pozdrowienia od Łukasza i Maji.
    P.S. Z zapartym tchem śledzimy Wasze losy i życzymy dużo błogosławieństw.

    OdpowiedzUsuń